Jak rzucić pracę, przeprowadzić się do raju i zmieniać świat - AlfaBloger.pl

W końcu każdy o tym marzy, prawda?

I nie chodzi o wille, limuzyny i przepych w hollywoodzkim stylu. My, blogerzy, jesteśmy prostymi duszami o skromniejszych marzeniach.

Chcemy rzucić robotę, spędzać więcej czasu z rodziną i w końcu mieć czas na pisanie. Chcemy być wolni, pracować, kiedy chcemy i skąd chcemy. Pragniemy, aby nasze pisanie komuś się przydało, żeby inspirowało, wpływało na ludzi.

To skromne marzenia, które zasługują na spełnienie, a jednak zastanawiasz się…

Czy tak się stanie?

Czy rzeczywiście masz w sobie to coś, co pozwoli ci odnieść sukces? Może jesteś zwykłym naiwniakiem?

Oczywiście fajnie jest pomarzyć, że uda ci się  odmienić twoje życie. Ale w głębi duszy zastanawiasz się czy na tym to wszystko się kończy. To jest prawdziwy świat, marzenia się nie spełniają.

Racja?

Otóż pozwól, że opowiem ci pewną historię.

Jak zwolniłem się z pracy

W kwietniu 2006 roku uderzył we mnie samochód jadący 140 km na godzinę.

Nie widziałem, jak nadjeżdża, i w ogóle nie pamiętam zbyt wiele z tego zdarzenia. Mam w pamięci to, jak wyciągają mnie z mojego minivana i płonie mi koszula. Przód samochodu urwany, wszędzie benzyna, a moje nogi złamane w 14 miejscach.

Przez następne trzy miesiące nie miałem nic innego do roboty, oprócz znoszenia bólu i rozmyślania nad własnym życiem. Myślałem o swoim dzieciństwie. O marzeniach. O karierze.

I doszedłem do wniosku, że nie podoba mi się to, dokąd zmierzam.

Więc rzuciłem to wszystko.

Sprzedałem swoje rzeczy. Złożyłem rezygnację z pracy, przepracowałem dwa tygodnie wypowiedzenia i odszedłem bez pożegnania.

Słysząc o tym obłędzie, znajomy spytał: „Więc co teraz będziesz robił?”

„Nie wiem – odpowiedziałem. – Może zacznę pisać bloga.”

I tak zrobiłem.

Przez następne trzy miesiące całkowicie się temu poświęciłem. Zaczynałem pracę o ósmej rano i tak do 11 wieczorem. Nie oglądałem telewizji. Nie spotykałem się ze znajomymi. Od rana do wieczora pisałem, czytałem i nawiązywałem kontakty z innymi blogerami. Nic więcej.

W ciągu miesiąca ruszył mój blog On Moneymaking, który po dwóch miesiącach miał dwa tysiące odwiedzin dziennie. Serwis Performancing nominował go na najlepszego bloga biznesowego roku. Kilka miesięcy później Brian Clark poprosił mnie, żebym został asystentem redaktora serwisu Copyblogger. Więc sprzedałem On Moneymaking i zacząłem pracę w jednym z najpopularniejszych blogów świata.

A to dopiero początek historii.

Jak przeprowadziłem się do raju

Zdarzyło ci się pewnego dnia obudzić i zdać sprawę z tego, że nie znosisz miejsca, w którym mieszkasz?

Pogoda jest okropna. Sąsiedzi to debile. Nie lubisz zapraszać znajomych do mieszkania, bo to ruina i wstydzisz się tego, jak wygląda.

Tak właśnie stało się w styczniu 2009 roku. Siedziałem w moim beznadziejnym mieszkaniu, otulony w koce, próbując pracować, kiedy dotarło do mnie, jakie to wszystko monumentalnie głupie.

Na Boga, byłem pełnoetatowym blogerem! Mogłem pracować gdziekolwiek chciałem. Po cholerę mieszkam w tej piekielnej dziurze?

Jedyny problem w tym, że nie wiedziałem dokąd pojechać. Kilka tygodni później zadzwonił stary znajomy, który na emeryturze przeniósł się do Mazatlan w Meksyku. Jak zwykle dzwonił, żeby pochwalić się pogodą, jedzeniem i ogólną wyższością meksykańskiego stylu życia. Ale tym razem, zamiast go wysłuchiwać, przerwałem mu: „Nic już nie mów. Przeprowadzam się tam”.

„Co? Kiedy?” – zająknął się.

„Jeszcze nie wiem dokładnie” – opowiedziałem mu. – „Ale właśnie się za to zabieram.”

Dwa miesiące później wybrałem się na tygodniowy rekonesans do Meksyku. Kiedy wróciłem, zacząłem sprzedawać wszystkie swoje rzeczy, pakować resztę i żegnać się z przyjaciółmi. Rok po tamtej rozmowie telefonicznej wsiadłem do samochodu i przejechałem prawie pięć tys. km, żeby zamieszkać w moim nowym apartamencie w najlepszym resorcie w Mazatlan.

Pisząc te słowa, siedzę na balkonie z laptopem, oglądając (bez kitu) delfiny wyskakujące z Pacyfiku. Jest słoneczny dzień, miła bryza i chyba zamówię piña coladę z restauracji na dole.

Szczęściarz ze mnie, nie?

Cóż, ostatni element tej historii może cię zaskoczyć. Jestem śmiertelnie chory, sparaliżowany od szyi w dół, a mimo to zarabiam, pomagając innym ludziom. Właśnie o tym teraz porozmawiajmy.

Jak zarabiam zmieniając świat na lepsze?

Wiesz, co jest zabawne?

Najgorszą rzeczą związaną z chorobą taką jak SMA (Spinal Muscular Atrophy, rdzeniowy zanik mięśni) nie jest to, że ludzie traktują cię jak cel dobroczynny. Nie jest nią frustracja, gniew, depresja. Nie jest to nawet niemożność uszczypnięcia dziewczyny w pupę, kiedy masz na to ochotę (a to już naprawdę słabe).

Nie, najgorszą rzeczą są cholerne rachunki. Lekarze. Lekarstwa. Pielęgniarki.

Podsumowałem to wszystko i wyszło, że koszt utrzymywania mnie przy życiu w USA to 127 tys. dolarów rocznie. To nie czynsz. Nie jedzenie. To tylko wydatki na leczenie.

Jasne, nie musiałem za to wszystko sam płacić. Miałem prywatne ubezpieczenie i rządową pomoc, ale ta pomoc ma swoją cenę: kontrolują cię. Rząd przydzielił mi na życie 700 dolarów miesięcznie i każdego centa ponad to musiałem przeznaczać na leczenie. Inaczej odcieliby mnie od świadczeń.

Przez lata tak robiłem. Jeśli w danym miesiącu zarobiłem 5 tys. dolarów, odkładałem 700 na życie, a 4,300 szło na rachunki. Nic nie zostawało. Nigdy.

I w końcu nie wytrzymałem.

Chciałem zarabiać pieniądze bez obawy o utratę opieki medycznej. Chciałem zająć się rodziną, a nie żeby tylko oni zajmowali się mną. Chciałem mieszkać w przyjemnym miejscu, nie jakimś nędznym mieszkanku zbudowanym dla ludzi żyjących poniżej granicy ubóstwa.

Jedyny problem był taki, że to nie było możliwe w Stanach. Wiec zrobiłem coś szalonego:

Zrezygnowałem z opieki rządowej. Przeprowadziłem się do Meksyku. Przestałem martwić się o siebie i rozkręciłem biznes polegający na prostym pomyśle:

Pomagać ludziom.

Znalazłem początkujących pisarzy, którzy szukali mentora i uczyłem ich. Odszukałem firmy, które chciały spieniężyć media społecznościowe i zbudowałem im strategie. Trafiłem do blogerów, którzy chcieli więcej ruchu na swoich stronach i stworzyłem dla nich kurs online.

Płacili mi, ile mogli. Niektórzy dawali mi 50 dolarów za godzinę, inni 300, ale wszystkich traktowałem tak samo. Skoncentrowałem się na tym, żeby pomóc im w spełnianiu marzeń.

Rezultat?

W ciągu miesiąca zarabiałem tyle kasy, że PayPal zamknął moje konto, podejrzewając machlojki finansowe. Dzisiaj zarabiam nie tylko wystarczająco dużo, żeby zająć się sobą, ale kilka miesięcy temu kupiłem mojemu ojcu samochód.

Zdajesz sobie sprawę, co to znaczy? Dla kolesia, który nie może poruszać się od szyi w dół, kupienie ojcu samochodu?

A najlepsze jest to, że nie zarabiam pieniędzy na bezmyślnej mordędze. Zmieniam ludzkie życia.

Codziennie dostaję maile od czytelników, którzy piszą, że moje artykuły zmieniły ich sposób myślenia. Codziennie dostaję maile od studentów, którzy mówią, że moje rady zmieniły ich sposób pisania. Codziennie dostaję maile od klientów, którzy mówią, ze moja strategia pomogła im zmienić sposób, w jaki prowadzą biznes.

Trochę trudno mi w to wszystko uwierzyć. Normalnie, ktoś taki jak ja marnowałby życie w domu opieki, oglądając telewizję i czekając na śmierć. Ale oto ja, mówiąc do mikrofonu, zarabiam, zmieniając świat na lepsze. Gdybym mógł, uszczypnąłbym się, żeby sprawdzić, czy nie śnię.

Ale chodzi o to:

Nie chcę tego tylko dla siebie. Chcę tego dla ciebie.

Opowiedziałem tę całą historię nie tylko po to, żeby się pochwalić, ale po to, żeby cię do czegoś przekonać:

TY TEŻ MOŻESZ TO ZROBIĆ!

Chcesz rzucić pracę i zostać profesjnalnym blogerem?

Możesz to robić.

Chcesz podróżować i żyć pełnią życia?

Możesz to zrobić.

Chcesz pomagać ludziom i sprawiać, by świat był lepszym miejscem?

Możesz to zrobić.

Bo posłuchaj… Wiem, że to okropny frazes, ale jeśli ja mogłem rzucić pracę, zaryzykować, że rząd umieści mnie w domu opieki, przekonać moją biedną matkę, żeby zostawiła swoją pracę i zawiozła moje kalekie dupsko 5 tys. km do innego kraju, jeśli mogłem tam zarobić wystarczająco dużo pieniędzy, żeby utrzymać siebie, moją matkę, ojca i pielęgniarkę, używając do tego tylko i wyłącznie mojego głosu, to co ty możesz osiągnąć, jeśli się do tego przyłożysz?

Niech zgadnę: właściwie wszystko.

Nie, to nie będzie proste. W pewnym momencie, gwarantuję ci, będziesz chciał zawrócić. Gwarantuję, że ludzie będą traktować cię jak wariata. Gwarantuję, że będziesz wył w poduszkę, zastanawiając się, czy popełniłeś okropny błąd.

Ale nie przestawaj wierzyć w siebie. Świat jest pełen niedowiarków, a każdy z nich gotów jest zakrzyczeć wszelkie próby wyjścia ponad przeciętność. Największy grzech, jaki możesz popełnić, to stać się jednym z nich. Naszym celem nie jest dołączenie do tej grupy, ale uciszenie jej. Osiągnięcie rzeczy tak wielkich i niewyobrażalnych, że jej przedstawiciele będą zbyt zadziwieni, by mówić dalej.

Możesz to zrobić.

Wierzę w ciebie.

Więc zaczynaj.

Teraz, do cholery.

 


Jon Morrow to amerykański bloger, znany z inspirujących tekstów na temat sztuki blogowania. Był właścicielem kilku firm, jego blog BoostBlogTraffic.com w pierwszym roku swojego istnienia zarobił pół miliona dolarów. Powyższy artykuł, opowiadający osobistą historię Jona, ukazał się w serwisie Problogger.net w maju 2011 r. Moje tłumaczenie po raz pierwszy zostało opublikowane w Przekroju w listopadzie 2012 r.

Jona poznacie na:

Boost Blog Traffic – blog o tym, jak zobyć czytelników

Guest Blogging – płatny kurs blogowania gościnnego prowadzony przez Jona, na stronie jest dostępnych wiele bezpłatnych materiałów

Serious Bloggers Only – na tym płatnym serwisie Jon dzieli się swoją wiedzą na temat strategii budowania blogów. Dla osób, które chcą zostać profesjonalnymi blogerami.

Dodaj komentarz